środa, 11 grudnia 2013

Have yourself a merry little christmas kontra burdel w mojej głowie

O panie, nie jest oj nie jest dobrze. Burdel w mojej głowie nigdy nie wróży nic dobrego! 

Radyjko zapodaje już świąteczny klimacik, który raz po raz przenosi mnie w dwie zupełnie przeciwne strony. Jedna ta urokliwie sentymentalna, z mnóstwem kolorowych gadżetów i bibelotów. Pześlicznych wspomnień i radosnych dni.

Ta druga, raczej czarna niż biała i bardziej smutna niż wesoła. Gdera mi jak nakręcona pozytywka, choć nic wspólnego z pozytywnymi emocjami nie ma. Wspomina o tym, że do szczęścia niewiele potrzeba. Szkoda, że niewiele to w tej chwili ocean próśb, pragnień i niezliczonych potrzeb. Nie materialnych, NIESTETY. Emocje to trudny temat, podobnie jak zakamarki w mojej głowie. Zupełnie ich czasem nie potrafię okiełznać...

Ale wrócę znowu do tej pierwszej, świąteczno-kiczowatej aury. Bo w sumie i tak nic mądrego nie wymyślę. Jeszcze długo nie. Niechaj zatem grudzień spełnia moje marzenia - te proste, prymitywne i małe. Bo mam takie, tych właśnie mam najwięcej. Niech cieszą, skoro tak niewiele już potrafi wywołać prawdziwy uśmiech radości. 






sobota, 5 października 2013

Melancholia

Radość.
Poleciała i dogonić jej nie mogę choć tak usilnie staram się wciąż.

Tak ciągle.
I od nowa.

I pustka. Pustka okropna. Dlaczego?
Nie wiem.
Nie wiem też dlaczego wciąż więcej i lepiej i mocniej... CHCĘ.

Nie wiem.

I pełno ich, choć dalej nie widzę nikogo.
I on i pustka.
I pustka wciąż...
Gdzie on?

czwartek, 30 maja 2013

Taki ci społecznik

Ahhh te ludzie to są jednaak głupie... Jadąc autobuskiem na tę moją piękną i pachnącą świeżością PRAGĘ najprawdziwszą w swej brzydocie, ludzie zdążyli wszcząć cztery awanturki. Ja może do najspokojniejszych ludzi tego świata nie należę, ale... Bez jaj!

Bez jaj albo z jajami właściwie. No to zależy, bo na takich ci zwyczajnych jajkach można się całkiem ładnego dobytku dorobić. Na farmie jaj konkretnie, aż do tego stopnia, że naczelnym hasłem staje się "Jebać biedę!" - autentyk najprawdziwszy zaczerpnięty od nowych znajomków.

I znowu ten okropny burdel w mojej głowie, jak to tak w ogóle wszystko funkcjonuje ten obleśnie materialny świat. Wszędzie kasa a jak nie kasa, to furmanki, jak nie furmanki to inne senne marzenia, które spać niektórym nie dają, bo "JAK TU BEZ TEGO WSZYSTKIEGO ŻYĆ?!"

Ja tam nie wiem, właściwie to jednak wszystko się kręci wokół kasy, ale mam takie dziś przemyślenia ciekawe, że aż mnie to mierzić zaczęło okrutnie. Materializm świata cały.

I nie chcę tak żyć, kręcić się w okół hajsu na wydatki. Może bańka wygrana w totka na chwilę by wystarczyła? Bo tak to się nie da.. Albo może trzeba się przewartościować i zacząć wieść żywot kierujący się minimalizmem? Słyszałam gdzieś ostatnio właśnie o takich miniMAKSIwesołkach, którym do szczęścia wystarcza absolutnie niewiele. Wszystko ograniczone, żadnych zbytków.

Ten trend jakoś nie przemawia do mnie. Może trochę, ale tak absolutnie to nie. Idea sama w sobie jest całkiem interesująca - kupujesz tylko to, co niezbędne. I nie, nie chodzi o to, żeby kupić wymierający już KECZUP Włocławek zamiast HEINZA bo jest tańszy. Można jeść drogie rzeczy i jechać na kozim serze, idzie raczej o to, żeby kupić tylko tyle ile trzeba, nie więcej.

Może, może to jakieś wyjście... Ale z moim modowym szaleństwem to nie wiem jak bym miała sobie poradzić. No może ograniczyć, ale... Nie. To nie warto. Warto chyba jednak trochę czasem zejść na ziemię, żeby może odnaleźć priorytety. Jak to tam leciało... "Wszystko ma swoje priorytety niestety, wszystko ma swoje wady i zalety..."



środa, 24 kwietnia 2013

Simply Falling i chwilowi patrioci

Ale się rozbawiłam. To, że faceci są kopnięci na punkcie piłki kopanej to jeszcze rozumiem. Mimo wszystko bardzo mnie to wszystko bawi. Wchodzisz na fejsika... I każda "prawdziwa dziunia patriotka" niczym Natalia Siwiec kibicuje. Oh... I to jak KIBICUJE!

Co tam, że nie wie co to spalony i nie koniecznie orientuje się w zasadach gry. Wszystko nie ważne. Przecież Lewy strzelił 4 gole. Dzwonisz po znajomych i nikt nie odbiera. A jak już odbiera to z tekstem "a Ty nie oglądasz meczu?!"

Nie (tutaj rzucam sobie subtelne przekleństwo), nie oglądam. Nie mam telewizji - to chyba jedyna wymówka, bo prawdopodobnie znalazłoby się coś w necie. Ale błagam...

Przecież w Borussi gra 4 (słownie: czterech!) polaków. Szkoda, że chłopaczki tak w reprezentacji nie kopią i radzą sobie z trudem z zespołami w stylu San Marino (barman, ankier, kelner). To chyba moja jedyna refleksja na dziś.

No i może jeszcze to, że fejsowe wpisy "dumnych chwilowych kibicek" są przecież takie prawdziwe! Aż mi wstyd, że taka ze mnie ignorantka. Taki narodowy patriotyzm istny! Szkoda, że wciąż mowa o piłce nożnej...

Dziękuję, dobranoc!

A i jeszcze moja nowa nutka, przekozak!


poniedziałek, 25 marca 2013

Moja modowa wiosna

Zza okna wiosna, na zewnątrz zima. Oh my lord, coś nie chcesz się zmiłować nad nami. Swoją drogą ciekawe jak Chrystus zmartwychwastałby podczas takiej wiosenki, która do zimy podobna się wydawać może. Trochę by te głazy przymarzły i zasypane śniegiem, opruszone zmarzliną. No ale Chrystus to Chrystus, wybrał sobie inną krainę do życia cwaniaczek. Tutaj w tych swoich sukienkach nie przetrwałby zbyt długo, albo hasło "ciungnie po rajtuzach" zagościłoby na dobre w słownikach.

Tak czy inaczej, bez względu na to, że nie żyję w cieplutkim Jerusalem - WIOSNA gości w moim sercu! Już jutro udaję się na konferencję prasową WARSAW FASHION WEEKEND jako wysłannik portalu kobieta.wieszjak.pl

Inspirujące modowe wydarzenie, mega się cieszę, że będę mogła uczestniczyć także w samym evencie. O szczegółach możecie poczytać w moim tekście:

http://moda.wieszjak.pl/aktualnosci/316824,Warsaw-Fashion-Weekend-po-raz-czwarty.html

Relacja z samego wydarzenia bankowo się tu pojawi, na portalu zapewne też. Póki co wiosenne foteczki z mojego Jerusalem :)

aaaaa no i niedługo jadę do domu, odświeżę swoje nadmorskie ego :)))








niedziela, 10 marca 2013

Staromiejska wyjebka

Powrót zimy. Taaaaak beznadziejny temat na fotoreportaż w mieście, gdzie spadło nieco ponad 5 centymetrów śniegu. Wodzona żyłką fotoreportera, a właściwie bardziej żyłką nazywającą się poczucie obowiązku, pognałam niczym zefirek na stare miasto upatrywać oznak tej przeokrutnej zimy. Zignorowałam brak rękawiczek (Ci, którzy dobrze mnie znają, że to mój absolutny must have nie tylko na mrozy), które pochłonęła ostatnia impreza... Na którą najwłaściwiej byłoby spuścic zasłonę milczenia, a na mnie samą zasłonę miłosierdzia....

Wracając do tematu zimy przeokrutnej (przy temperaturze ZERO stropni...) wylazłam na stare. Zero w ogóle mowy o zimie, ludziska tylko puchówki wyciągnęli z szafy i tyle. Śnieg w mini kupkach, i gdyby nie zmrok i świecące się gdzieniegdzie lampeczki cały urok szlag by trafił. I tak idę zniesmaczona planując odwrót w kierunku Chmielnej na zasłużonego pączka najlepszegonatymświecie... I łup, gruchnęłam na bruku. Że też do kurwy jednej nędzy EMU nie mają protektorów. Ciepło to nie wszystko.... Jednak. Dlatego szybciorkiem znalazłam się w całkiem uroczym miejscu i piję wino grzane <333

Tym sposobem zyskałam kilka nowych siniaków. Grunt jednak, że wiem skąd pochodzą, bo ten na policzku i ten na kolanie... To przysięgam nie pamiętam....
Ah ten piątek :)))

wtorek, 5 marca 2013

Szpan po chińsku


Bicester Village. Prestiżowy outlet z markowymi produktami pod Londynem. Ceny torebek rozpoczynają się tutaj od pięciuset funtów. Podczas tej wycieczki poczułam się jakbym znów miała sześć lat i buszowała na wiejskim bazarku z ukochaną babcią. W poszukiwaniu skarbów rzecz jasna.
Obserwując zakupowiczów stanowiłam radosny wyjątek. Nie, to nie z powodu braku wypełnionych siatek. Byłam po prostu Filipem wyskakującym z europejskich konopii. Pierwsze piętno to brak skośnych oczu (mimo wszystko mamo, dziękuję Ci, że na tatę wybrałaś europejczyka). Drugie piętno to brak dymnej zasłony na twarzy i długiej, żałobnej sukni, jakiej współczesnym muzułmankom nie udało się jeszcze wykreślić ze swojego dress codu. I tutaj też dziękuję, właściwie za to, że wychowano mnie w takiej, a nie innej kulturze.
Abstrachując od mojej "inności" i (o ironio!) niewątpliwej egzotyki, jaką stanowiłam w zakupowym miasteczku zagłady, obserwacje były zadziwiające. Tym biedakom już rąk brakowało, żeby utrzymać ogromne papierowe siaty. Prada, Michael Kors, Burberry, Fendi, Dolce&Gabbana. Dla skośnookich to normalka. Zainspirowana tym kulturowym szaleństwem postanowiłam zasięgnąć doświadczonego języka.
Według książki "Luksus. Dlaczego stracił blask." autorstwa Dany Thomas masowa obecność azjatyckich kupców na runku dóbr luksusowych ma bardzo proste wytłumaczenie. Dużo pracują, mieszkają w dziupelkach zamiast mieszkań, nie kupują drogich samochodów ani mebli. Dlatego noszą się tak, aby wszyscy skośni i nieskośni wiedzieli, że portfele mają powypychane swoimi jenami do tego stopnia, że aż się z nich wysypuje.
Swoją drogą nieźle by mnie rozbawił taki amant. Na sobie trencz od Burberry, torba Louis Vuitton i zamszowe cwaniaczki od Dolce, zaprasza do swojego gniazdka a tam... No właśnie, kiła z mogiłą. Skośni wobec tego skazani są na skośne. Wszyscy grają w jedną, uroczą gierkę. Złośliwi nazwaliby ich "pozerami". Pytanie jednak brzmi, czy azjatycki pozer jest gorszy niż europejski?
W dobie tolerancji odpowiedź powinna być jednoznaczna, ale chwila... Czy to nie w naszym parlamencie panoszy się afrykański poseł nie kryjący swojej homofobii? Ale się porobiło!

środa, 27 lutego 2013

Come to see victory, in the life called fantasy <3

Przypadki chodzą po ludziach. Po niektórych drepczą, po innych łażą, a po reszcie galopują. Galopują, o tak. Na moim terenie przypadki urządziły sobie ostatnio uroczą orgietkę. I chyba to nawet polubiłam, z całym tym dobrodziejstwem inwentaża w pakiecie.
I tak jak mi ten wspomniany już wcześniej bezzębny Klemens zapowiedział, lecę, lecę. No, w końcu cukiereczkiem jestem. Chociaż w tym układzie motyl albo inny wróbelek byłby bardziej porządany.
Wracając do przypadków to nie wiem, ile z ostatnich wydarzeń mogłabym podciągnąć pod tę orgietkę, ale... Sporo się dzieje, właściwie należałoby się zastanowić, co jest zsługą nadmorskiego ego a co jedynie obecnością zajaranego uczestnika orgietki. Przypadki mam na myśli wciąż oczywiście.
No tak, zawsze byłam zdania, że nic się nie dzieje przypadkiem. Ewentualnie ptak mi może narobić na czuprynę przypadkiem, choć i to wątpliwe się okazać może, bo przecież zawsze mgłam stać krok dalej.
Krok dalej, no właśnie. Chyba jestem już krok dalej. I cieszę się, że już nie podaję tych zup z prochu i mięcha. A najbardziej się cieszę, że nie śmierdzę frytkami! Chryste, jak się cieszę!!!


poniedziałek, 25 lutego 2013

So take a chance and don't ever look back.

Oby mój zapał był nieco mniej słomiany niż Biskupin. Mam dwa dni na ogarnięcie tematu. A właściwie jeden cały i tę nędzną resztkę, która pozostała po najgorszym dniu tygodnia, który dziś okazał się dla mnie najlepszy.
Trzy litery C K M.

Szansa albo porażka. Let's see, shall we?



niedziela, 24 lutego 2013

The trouble is...

Yo think you have time. Powiedział podobno sam BUDDA. I tak krążę dziś pomiędzy wesolutkimi powiedzonkami a bazarowymi kwiatkami od PRADY od których w żaden sposób uciec nie mogę. Choć torsje gwarantowane, podobnie po tym jak oglądam brodzik od prysznica w mojej ULTRAnowej łazience.

Anyway, tak sobie właściwie spoglądam na ten cały kicz dookoła. I refleksji milion, wszystkie powodują ten znany już burdel w mojej głowie. O co chodzi? O co chodziiiii?????

To na pewno wszystko przez tych sąsiadów. Bajlando od wczoraj, repertuar raczej urozmaicony. Od prostej techniawki po "ore ore" i jeszcze z Abbą i Wasylem po drodze. Wczoraj muzę uciszyło potrójne gruchnięcie z pięści w ścianę. Dziś może lepiej zostanę w domu? Jescze praskie prostaczki zlinczują moje wybujałe nadmorskie ego, albo cholera wie co innego...

"Dalej, dalej cukiereczku!" To teraz moje życie. Pędząc na autobus, z laptopem pod pachą nie udało mi się jeszcze nie paść ofiarą zalotów tutejszej elity. To dopiero łechta moje ego, mmmm. Dramat. Kurdę, gdyby tylko miał wszystkie zęby, albo chociaż jedynki i dwójki. Było wleczone? ;)