środa, 27 lutego 2013

Come to see victory, in the life called fantasy <3

Przypadki chodzą po ludziach. Po niektórych drepczą, po innych łażą, a po reszcie galopują. Galopują, o tak. Na moim terenie przypadki urządziły sobie ostatnio uroczą orgietkę. I chyba to nawet polubiłam, z całym tym dobrodziejstwem inwentaża w pakiecie.
I tak jak mi ten wspomniany już wcześniej bezzębny Klemens zapowiedział, lecę, lecę. No, w końcu cukiereczkiem jestem. Chociaż w tym układzie motyl albo inny wróbelek byłby bardziej porządany.
Wracając do przypadków to nie wiem, ile z ostatnich wydarzeń mogłabym podciągnąć pod tę orgietkę, ale... Sporo się dzieje, właściwie należałoby się zastanowić, co jest zsługą nadmorskiego ego a co jedynie obecnością zajaranego uczestnika orgietki. Przypadki mam na myśli wciąż oczywiście.
No tak, zawsze byłam zdania, że nic się nie dzieje przypadkiem. Ewentualnie ptak mi może narobić na czuprynę przypadkiem, choć i to wątpliwe się okazać może, bo przecież zawsze mgłam stać krok dalej.
Krok dalej, no właśnie. Chyba jestem już krok dalej. I cieszę się, że już nie podaję tych zup z prochu i mięcha. A najbardziej się cieszę, że nie śmierdzę frytkami! Chryste, jak się cieszę!!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz