Powrót zimy. Taaaaak beznadziejny temat na fotoreportaż w mieście, gdzie spadło nieco ponad 5 centymetrów śniegu. Wodzona żyłką fotoreportera, a właściwie bardziej żyłką nazywającą się poczucie obowiązku, pognałam niczym zefirek na stare miasto upatrywać oznak tej przeokrutnej zimy. Zignorowałam brak rękawiczek (Ci, którzy dobrze mnie znają, że to mój absolutny must have nie tylko na mrozy), które pochłonęła ostatnia impreza... Na którą najwłaściwiej byłoby spuścic zasłonę milczenia, a na mnie samą zasłonę miłosierdzia....
Wracając do tematu zimy przeokrutnej (przy temperaturze ZERO stropni...) wylazłam na stare. Zero w ogóle mowy o zimie, ludziska tylko puchówki wyciągnęli z szafy i tyle. Śnieg w mini kupkach, i gdyby nie zmrok i świecące się gdzieniegdzie lampeczki cały urok szlag by trafił. I tak idę zniesmaczona planując odwrót w kierunku Chmielnej na zasłużonego pączka najlepszegonatymświecie... I łup, gruchnęłam na bruku. Że też do kurwy jednej nędzy EMU nie mają protektorów. Ciepło to nie wszystko.... Jednak. Dlatego szybciorkiem znalazłam się w całkiem uroczym miejscu i piję wino grzane <333
Tym sposobem zyskałam kilka nowych siniaków. Grunt jednak, że wiem skąd pochodzą, bo ten na policzku i ten na kolanie... To przysięgam nie pamiętam....
Ah ten piątek :)))

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz